Dziecięce

O tym jak Tupcio Chrupcio przekonał Florka do nocnika

Florcio jest wspaniałym i wyjątkowym chłopczykiem. Już bardzo ładnie mówi, liczy do 10 po polsku i po angielsku (nauczył się oglądając TuTiTu), zna kilkanaście literek, rozpoznaje kilkadziesiąt dinozaurów, zwierząt zna jeszcze więcej. Ostatnio nauczył się jeździć na rowerze biegowym. Musieliśmy kupić kask, ponieważ dzieć zaczął nam zjeżdżać z górek. Raz nawet zjechał po niewielkich schodach czym przyprawił mnie niemal o zawał serca!
A zatem muszę przyznać, że mój pierworodny, nie dość, że jest żądny przygód, to jeszcze jest żądny wiedzy. Bardzo szybko się uczy i bardzo to lubi. Oczywiście „nauka” ma miejsce tylko i wyłącznie na jego wniosek formalny 🙂 . Ale, ale (!) nauczyć go załatwiać potrzeby fizjologiczne na nocnik to dopiero było wyzwanie!

Jako mama wychodzę z założenia, że nie ma co dziecka zmuszać do nabywania nowych umiejętności. Przyjdzie odpowiedni moment – dziecko się nauczy. Tak było z nauką jedzenia stałych pokarmów, czy samodzielnego jedzenia (umie, ale czy chce to już inna historia – uroki obecności młodszego rodzeństwa w domu 🙂 ). Podobne podejście miałam do odpieluchowania. Mały miał 9 miesięcy kiedy po raz pierwszy w ogóle usiadł na tyłku, jednak zdecydowanie ta pozycja nie stała się jego ulubioną. Nie było mocnych, żeby usiedział dłużej niż kilka sekund gdzieś posadzony. Wiedziałam, że na nocnik jest za wcześnie. Ale kiedy młody skończył dwa lata i zaczęliśmy przymierzać się do tematu (miesiąc po urodzeniu się Wikuchy – coby nie miał za dużo nowości naraz) to zobaczyłam, że to „za wcześnie” trooooooooooooochę się przeciągnie. Florek na nocnik nawet nie chciał usiąść – za Chiny Ludowe! – a co dopiero odczekać na nim, aż „coś się wydarzy” (dla niewtajemniczonych cytuję Tupcia Chrupcia)! Trwało to bardzo długo i kosztowało nas i jego wiele niepotrzebnego stresu. Dlatego odpuściliśmy.

I tu dochodzimy do sedna dzisiejszego wpisu, ponieważ z pomocą przyszła nam właśnie książeczka o Tupciu Chrupciu.

„Tupcio Chrupcio – Żegnaj, pieluszko!”, Eliza Piotrowska, Wydawnictwo Wilga

Pamiętam, że natrafiłam gdzieś przypadkowo na opinię o tej książce – same ochy i achy – że działa, że dziecko pani, która tę opinię napisała pożegnało się z pieluchą, a wcześniej to – ło matko z ojcem – tak było ciężko! Myślę sobie – normalnie jakieś cudo chyba! I tak ufna i pełna nowej nadziei zakupiłam tę niezwykłą lekturę.

Ciekawi Was pewnie jak to u nas było, hm? Czy po jej przeczytaniu Florek zaraz pognał po majtki żegnając się na zawsze z pieluchą? Otóż nie, moi Drodzy. Nie było tak różowo. Jednak przełom po lekturze owej książeczki niewątpliwie nastąpił. Florek po prostu po raz pierwszy usiadł na nocniku (nie zapierawszy się rękami i nogami) i poczekał aż „coś się wydarzy”. I nawet dwójeczka się trafiła 🙂 (osoby niemające dzieci w tym miejscu pewnie by się nieco zgorszyły, że o tym wspominam, ale u nas – rodziców temat kup to przecież temat number one). I to był kroczek do przodu, który ruszył naszą kochaną machinę :-). Można było się cieszyć, chwalić. Nie mówię, że od tamtej pory pożegnaliśmy się z pieluchami, bo droga ku temu była jeszcze długa i czasami ciężka, ale nocnik przestał być dla mojego synka wrogiem. Tak jak pisałam wcześniej nastąpił po prostu ogromny przełom. Obecnie jesteśmy już bardziej zaawansowani i pieluszki ubieramy raczej już tylko na noc (Florkowi oczywiście :-)).

„Żegnaj, pieluszko!” zadziałała więc także na nas, choć ja, podobnie jak autorka recenzji, którą czytałam, nie potrafię wyjaśnić Tupciowego fenomenu. Sama opowieść jest bardzo prosta. Tupcio Chrupcio nie przepada za młodszą siostrą, ponieważ ta odkąd się urodziła wywróciła jego życie jedynaka do góry nogami. Pewnego razu starszy brat postanawia nauczyć dziecię korzystać z nocnika. Osiągnąwszy sukces staje się bohaterem w oczach rodziców. Ot i cała historia!

Zapomniałam dodać, że główny bohater jest myszką, a rzecz dzieje się w jego małym wielkim świecie (co fajnie podkreślają ilustracje przedstawiające nasze duuuże przedmioty codziennego użytku w całkiem nowej – mysiej odsłonie).

Jeśli macie podobne problemy z odpieluchowaniem dziecka spróbujcie i koniecznie napiszcie potem czy na Wasze dziecko też ta książka podziałała!

Muszę jeszcze napomknąć, że mamy w swojej biblioteczce kilka innych książeczek o Tupciu Chrupciu – równie fajnych. Ilustracje są ciekawe, kolorowe i dobrze obrazują czytany przez rodzica tekst, dzięki czemu dziecku łatwiej zrozumieć opisany bieg wydarzeń. Książeczki z tej serii są bardzo pouczające, ale nie dotyczą wielkich spraw, tylko właśnie tych małych, związanych z codziennością, które zwłaszcza dla dzieci mogą być bardzo trudne, jak np. mycie zębów, pojawienie się na świecie rodzeństwa czy problemy ze spaniem.

„Tupcio Chrupcio – Umiem się dzielić”, Eliza Piotrowska, Wydawnictwo Wilga

Ta jest chyba moją ulubioną spośród tych, które czytaliśmy. Zanim Florek wszedł w etap „to moje, nie rusz” przeczytaliśmy ją ze 100 razy. Nie wiem czy dzięki niej przechodzi ten okres łagodniej, ale fakt jest taki, że jest dzieckiem, które raczej potrafi się dzielić. Oczywiście na każdym kroku podkreśla swoją własność, ale to podobno normalny etap rozwoju :-). Jednak kiedy widzę, że awantura wisi w powietrzu, bo Wikusia dorwała się do Florkowych rzeczy, przypominam mu jak to Tupcio Chrupcio nie chciał podzielić się zabawkami z Mysią i jak jej było przykro. Zwykle to działa i Florek odpuszcza swojej biednej, malutkiej Wiktorci.

Z całej książki Mamie najbardziej podoba się zakończenie:

„Tupcio nie jest już taki samolubny jak kiedyś i kto wie, może nawet pozwala dotykać swoich zabawek Mysi… A jeśli jeszcze tak nie robi, to na pewno niebawem się tego nauczy!”

Pozostawia taką miłą napawającą spokojem konkluzję – spokojnie Mama! Twoje dziecko wszystkiego się nauczy. Na pewno… niebawem! 🙂

One thought on “O tym jak Tupcio Chrupcio przekonał Florka do nocnika

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *