Dziecięce

Dawno, dawno temu…

Dawno, dawno, dawno, dawno, dawno temu… – a może jeszcze dawniej nawet 🙁 – pewna Mama pisała bloga…

I cóż ja mogę powiedzieć na swoje usprawiedliwienie? Czas po prostu najzwyczajniej w świecie mi zasuwa i przestać zasuwać nie chce! I muszę się jeszcze poskarżyć, że ani chwili wolnej ostatnio! A to wesela, a to komunie, a to w końcu choroby – no bo jakżeby inaczej. Cały dzień towarzyszy mi np. moja nowa znajoma Angina (bardzo namolna swoją drogą). Znamy się już dobre kilka dni – niestety. Na domiar złego mam też zapalenie spojówek, także ledwo monitor widzę (doceńcie to poświęcenie 🙂 ). Ale oczywiście nawet teraz kiedy już usiadłam, żeby nadrobić zaległości, co 5 minut zjawia się Pan Tata i nie daje mi żyć:

– „No nie pisz dziś tego! Chodź film oglądać!”

Naprawdę uwierzcie – ciężki jest żywot Mamy blogerki!

 Mamo biedulo co nie masz wytchnienia –
Od rana do wieczora kaprysy dzieci spełniasz i męża życzenia
Potem domowe obowiązki – dawajże – aż do północy –
– Eh Ty lepiej zacznij bloga pisywać po nocy!

 O Matko, gdzie w nocy był Twój… rym? (zapytałby mnie pewnie Tomasz Organek 🙂 ). Stwierdziliśmy jednogłośnie z Panem Tatą (który moją twórczość dodatkowo jeszcze wyśmiał), że talentu do wierszy jednak nie przejawiam. Także pozostaniemy przy eeee prozie 😉

Pomarudziłam, ulżyło mi. I oczywiście jak zwykle odbiegłam od właściwego tematu tego wpisu.  Miało być przecież o książkach, które ostatnio czytamy z Florusiem, a tu jakieś osobiste smęty się wkradły.

U nas aktualnie na tapecie dwie książeczki, których głównymi bohaterami są kot i pies.

„Zagubiony szczeniaczek”, Holly Webb, Wydawnictwo Zielona Sowa

Do kupna tej książki zachęciły mnie śliczne ilustracje, namalowane techniką akrylową przez Rebecce Harry. To co rzuciło mi się od razu w oczy to żywe, jasne, soczyste barwy, widoczne pociągnięcia pędzla oraz zwierzaki-po prostu-słodziaki :-). Książka jest też ładnie wydana – jest dość spora, w twardej oprawie.

Później z ciekawości szukałam innych prac tej ilustratorki, ale znalazłam niestety jedynie zagraniczne wydania. Jaka szkoda! Jej ilustracje naprawdę cieszą (moje) oko :-).

Nawet szczerze przyznam się, że kupując „Zagubionego szczeniaczka” zwróciłam uwagę (o zgrozo!) tylko na obrazki, nie patrząc w ogóle na treść. Historia jest raczej hmm… dość klasyczna.

Główny bohater – piesek o imieniu Kleksik (swoją drogą ciekawe czemu właśnie tak nazwała go właścicielka? 😉 ) podczas zabawy w parku oddala się od swojej rodziny. Nagle zaczynają ścigać go groźne psy, a on oddala się jeszcze bardziej. Kiedy jest już bezpieczny, nie potrafi odnaleźć drogi powrotnej. Z pomocą przychodzi mu nowo poznany kotek – Rudzik (jak się pewnie domyślacie jest rudy 🙂 ). Oczywiście cała historia kończy się szczęśliwie. Tytułowy Zagubiony Szczeniaczek szybko odnajduje drogę do domu (powiedziałabym nawet, że za sprawą jakichś nadprzyrodzonych zdolności hi hi) i przestaje być Zagubiony. A Rudzik? Rudzik pomagając nowemu przyjacielowi odnajduje Dom.

Mam wrażenie, że bardzo często podobny motyw, pomysł powtarza się w różnych książkach dla dzieci. Jednak mojemu malcowi w ogóle to nie przeszkadza. Pewnie z chęcią wysłuchałby 100 lub więcej podobnych historii. My rodzice i nasze dzieci nie zawsze będziemy jednogłośni w ocenie jakiejś książki. Z uwagi na typowość fabuły początkowo surowo oceniłam tę pozycję. Florkowi natomiast „Zagubiony Szczeniaczek” bardzo przypadł do gustu. Na tyle, że już kilka nocy z rzędu towarzyszy mu podczas wieczornego rytuału zasypiania. Jego ocena jest ważniejsza niż moja, ponieważ książka ta jest adresowana do maluchów i tylko one mogą w niej zobaczyć to czego my – dorośli czasami dostrzec nie potrafimy.

„Ja Bobik – czyli prawdziwa historia o kocie, który myślał, że jest królem”, Ewa Kozyra-Pawlak, Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Bobik to moje drugie imię, mogłabym rzec. Chociaż, gwoli ścisłości, rzec powinnam – Bobik to moje pierwsze imię.

Już wyjaśniam.

Tak nazywa mnie mój ukochany mąż, a ojciec moich dzieci (czasami zastanawiam się, czy pamięta jeszcze jak mam na imię :-)).  Per Bobik zaczął zwracać się do mnie  nawet mój rodzony syn (na szczęście już mu minęło). Oczywiście wszystkiemu jest winny Pan Tata, któremu tak wdrukowało się to przezwisko (które de facto wzięło się od zdrabniania mojego panieńskiego nazwiska), że zwraca się do mnie per Bobik dosłownie wszędzie, nawet w kolejce do kasy w markecie. To i tak pół biedy, bo czasami jestem po prostu „Bobkiem”. Masakra mówię Wam! Wstyd mi robi, a najgorsze, że złościć się nie mogę, bo on niechcący!

Jak tylko zobaczyłam, że istnieje książka o tytule „Ja Bobik” stwierdziłam, że musimy ją mieć w naszej domowej biblioteczce!

Książka ta okazała się strzałem w dziesiątkę. Florek bardzo ją lubi. Nie dziwota – ponieważ jest przezabawna. Główny bohater, mój imiennik, Bobik po prostu jest święcie przekonany, że jest królem. Autorka znakomicie – w kilku zdaniach i za pomocą kilku ilustracji – oddała istotę kociego charakteru i za to wielkie brawa. Naprawdę fajny pomysł na książkę!

Tekstu nie jest za dużo, więc idealnie nadaje się dla małego dziecka. A ilustracje – ręcznie robione kolaże, wyszywanki – urocze.  My jako szczęśliwi posiadacze kota Mańka, na kartach książki, oglądamy po prostu odwzorowanie jego wszystkich póz w trakcie snu. A całe dnie głównie śpi, także jest tego duuużo! Uchwycić wszystkie kocie figury „na śpiocha” to naprawdę nie lada wyzwanie, z którym autorka poradziła sobie po mistrzowsku.

Wydaje mi się, że nie tylko dzieci będą miały wielką radochę podczas lektury tejże książki. Polecam ją również wszystkim  miłośnikom i posiadaczom kotów.

One thought on “Dawno, dawno temu…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *